logo
Środa, 02 grudnia 2020 r.
imieniny:
Balbiny, Ksawerego, Pauliny, Rafała, Bibiany – wyślij kartkę
Szukaj w
 
Posłuchaj Radyjka
kanał czerwony
kanał zielony
 
 
 
Facebook
 
Drukuj
A
A
A
 
Ks. Roman Trzciński
Ksiądz dla ludzi
Zeszyty Odnowy
 


Ksiądz dla ludzi

W jaki sposób świecki może pomóc księdzu?
"Może to zabrzmieć paradoksalnie, ale świecki najbardziej pomaga mi wtedy, gdy przychodzi do mnie i oczekuje pomocy ode mnie. Gdy z zaufaniem otwiera swoje serce, gdy szczerze mówi o swoich problemach, gdy wierzy, że mogę mu pomóc. To mnie bardzo mobilizuje i zobowiązuje" - mówi w rozmowie z Mariolą Orzepowską ks. Roman Trzciński.

Jak ksiądz odpowiedziałby na pytanie - po co świecki potrzebny jest księdzu?

Kościół jest wspólnotą, którą tworzą ludzie świeccy i duchowni, każdy ma jakiś swój dar i wzajemnie się uzupełniamy, tworzymy całość w budowaniu Królestwa Bożego. Ja bardzo potrzebuję modlitwy osób konsekrowanych, taka modlitwa jest dla mnie dużym wsparciem w walce duchowej w mojej codzienności. Wiem, że wiele sióstr zakonnych modli się za mnie. Natomiast nie wyobrażam sobie posługi kapłańskiej bez ścisłej współpracy ze świeckimi. Ja mogę dotrzeć tylko do niektórych ludzi, a oni docierają dalej, do różnych środowisk, tam, gdzie pracują lub gdzie mieszkają. Ludzie świeccy swoim świadectwem życia bardzo często mobilizują mnie do większego zaangażowania na rzecz Królestwa Bożego. To świeccy stawiają mi wymagania. Doświadczam również tego, że ja jestem im potrzebny - i to o różnych godzinach dnia i nocy. To wszystko bardzo mnie mobilizuje i uświęca, wzywa i uzdalnia mnie do radykalnych zmian w moim życiu. To, że ja jestem im potrzebny, że jestem dla nich, jest też dla mnie bardzo ważne. Oni często nawet nie wiedzą, jak są dla mnie ważni.

Ostatnio byłem dwa tygodnie w sanatorium, natomiast u mnie w mieszkaniu siedzieli studenci. Lubią tu przychodzić, nawet gdy mnie nie ma, aby sobie po prostu posiedzieć. Mówią, że czują się tu dobrze. Gdy wróciłem do domu, zastałem mieszkanie pięknie wysprzątane, zadbali o każdy szczegół. Byłem bardzo wzruszony. Często doświadczam takiej prozaicznej pomocy ze strony młodych ludzi - robią to bardzo serdecznie i spontanicznie.

Czy młody ksiądz, który wychodzi z seminarium, jest przygotowany do takiej pracy? Co trzeba odkryć, by taka współpraca ze świeckimi była możliwa?

Pierwszą rzeczą, którą odkryłem jeszcze jako kleryk - dzięki mojemu kierownikowi duchowemu - była prawda, że ksiądz ma być oddany ludziom, ma być cały dla ludzi. Ja w tamtym czasie siedziałem w książkach i chciałem uprawiać różne "intelektualizmy", a tymczasem odkryłem, że nie o to chodzi. Mój kierownik duchowy powiedział: "Zostaw te książki i idź do ludzi". Dużo się od niego uczyłem, patrząc na jego zaangażowanie.

Kiedy poszedłem na pierwszą, a potem na drugą parafię, dużo czasu poświęcałem na tzw. duszpasterstwo indywidualne, czyli na rozmowy z parafianami. Ponieważ bardzo lubiłem Tatry, często razem z młodzieżą chodziliśmy po górach. Chciałem im pokazać ich piękno, ale także skierować ich uwagę ku Stwórcy. Nie zawsze to wychodziło, bo robiłem to bez jakiegoś szczególnego zamysłu ewangelizacyjnego.

Po trzech latach kapłaństwa, za namową kolegów, zdecydowałem się pojechać na oazę kapłańską do Krościenka. Tam odkryłem Kościół jako wspólnotę. Zobaczyłem sens tego wszystkiego, co prowadzi do budowania wspólnoty; a przede wszystkim zobaczyłem, jakie jest miejsce księdza we wspólnocie. Zrozumiałem, że we wspólnocie powinni być ludzie świeccy, którzy również są za coś odpowiedzialni. Nie może być tak, że ksiądz daje, a oni biorą. Świeccy także muszą podejmować jakąś odpowiedzialność, coś dawać, coś robić. Zobaczyłem, że w strukturze rekolekcji istnieje pewien model współpracy. Uczyłem się tej współpracy z animatorami, ze świeckimi.

Później, kiedy organizowałem rekolekcje u siebie w parafii, miałem wokół siebie takich ludzi, którzy w wielu rzeczach byli niezastąpieni, bo przecież ja wielu rzeczy nie umiem robić, np. nie potrafię grać na gitarze. Był więc człowiek, który grał na gitarze, ktoś inny pełnił służbę liturgiczną, jedna dziewczyna zawsze była gotowa przetłumaczyć coś z angielskiego...

Uczyłem się odkrywać charyzmaty i talenty ludzi, którzy mnie otaczali i pobudzałem ich do służby, do pracy. Byłem w wielu parafiach i zawiązywałem wiele wspólnot. One się rozwijały, a ja potem szedłem dalej, zawsze jednak kładłem duży nacisk na przygotowanie ludzi świeckich do brania odpowiedzialności za wspólnotę.

Moja posługa wiązała się z ewangelizacją - ze wspólnotami. Często mówiłem do ludzi: "Skoro jesteś tutaj, to przyprowadź jeszcze kogoś" i rzeczywiście przyprowadzali. Niekiedy były to osoby skłócone z Kościołem, a jednak przychodziły, bo mówiły, że z tym księdzem można pogadać. I tak to funkcjonuje do dziś. Dzwonią do mnie ludzie, których nie znam, i proszą o rozmowę w różnych sprawach. Wielu moich współpracowników działa tam, gdzie ja nigdy nie byłbym w stanie dotrzeć. Ewangelizują, a potem podsyłają mi ludzi, żebym mógł coś dalej z nimi zrobić. Oni wykonują niezastąpioną pracę i wiedzą, że mogą zawsze przyprowadzić do mnie nowych ludzi, do których ja nigdy bym nie dotarł.

W naszej wspólnocie jest wielu wspaniałych, utalentowanych ludzi. Muszę powiedzieć, że przez te wszystkie lata nauczyłem się odkrywać w nich to, co mogą dać z siebie najlepszego. Potrafię to zauważyć i wydobyć na światło dzienne, tak by mogli ofiarować to innym. Przez to mogą czuć się bardziej potrzebni i bardziej zaangażowani. Zawsze staram się rozbudzić i wciągnąć takiego człowieka w jakąś robotę. W ten sposób tworzy się pewna struktura wspólnoty i każdy wie, w co może się zaangażować i gdzie znaleźć swoje miejsce. Dzięki temu ja jestem bogaty w ludzi, a jednocześnie oni wiedzą, że zawsze mogą liczyć na moją modlitwę, słowo, rozeznanie czy nawet pomoc materialną w konkretnej sytuacji.

Jak Ksiądz sądzi, co pomaga dobrze współpracować ze świeckimi, a co utrudnia tę współpracę?

Uważam, że trzeba być przede wszystkim życzliwie nastawionym do świeckich, trzeba im zwyczajnie zaufać, trzeba przyjąć, że przez nich Pan Bóg też może mówić do księdza. Trzeba więc mieć w sobie pokorę, żeby przyjąć to, co oni mówią, nawet jeśli chodzi o rzeczy niekoniecznie przyjemne. Poza tym trzeba wierzyć w dojrzałość świeckich, w to, że oni też mają coś do zaproponowania, do dania, że coś czują, choć ich czucie jest inne, bo patrzą na świat z innej perspektywy. Ważne jest też, żeby pozwolić im coś zrobić. Ja wiele rzeczy wypuszczam z rąk i mówię: "Róbcie!". Albo zlecam coś jednej osobie, a ona organizuje sobie grupę do pomocy. Tak na przykład jest z zabawą sylwestrową. Wychodzi świetnie - ja tylko akceptuję to, co oni proponują i wykonują. Trzeba im zaufać i nie lękać się trudności, które zawsze mogą się pojawić. Przede wszystkim trzeba traktować świeckich po partnersku i z zaufaniem.

A co może pomóc świeckiemu dobrze zrozumieć księdza?

Myślę, że najbardziej rozumieją mnie i moją posługę ci, którzy są blisko Jezusa, a więc ludzie przebudzeni duchowo. Z takimi osobami najgłębiej się rozumiemy, mogę im powierzyć tajniki mojego życia. Znam wielu takich ludzi. Ufam, że opacznie mnie nie zinterpretują. Gdy spędzam z młodymi ludźmi wolny czas, podróżuję po świecie lub wędruję po górach, bawię się lub prowadzę wspólnie z nimi rekolekcje, czuję, że mnie rozumieją, że mnie akceptują, że są moimi przyjaciółmi. Mogę otwierać się przed nimi bardziej, delikatnie prosić o pomoc. Natomiast uważam, że księża są opacznie rozumiani przez ludzi, którzy są na marginesie życia Kościoła - oddaleni lub tylko formalnie obecni. Oni według swoich miar interpretują życie księdza, często w sposób krzywdzący i nieprawdziwy. Ale wsłuchując się w takie interpretacje, mogę też zrobić sobie rachunek sumienia i poczynić korektę w swoim życiu.
Kiedyś w seminarium kolega mi powiedział: "Nie uchylaj się nigdy, jeśli ktoś zechce ci dać kopniaka z tyłu. Pomoże ci to zawsze uczynić krok naprzód".

W jaki sposób świecki może pomóc księdzu?

Może to zabrzmieć paradoksalnie, ale świecki najbardziej pomaga mi wtedy, gdy przychodzi do mnie i oczekuje pomocy ode mnie. Gdy z zaufaniem otwiera swoje serce, gdy szczerze mówi o swoich problemach, gdy wierzy, że mogę mu pomóc. To mnie bardzo mobilizuje i zobowiązuje. Pozwala mi też oderwać się od moich problemów i egocentryzmów. To tak jak ktoś powiedział - chcesz pomóc sobie, zajmij się problemami innych.

W naszym kraju jednak dość mocno pokutuje pogląd, że świeccy chcieliby coś zrobić, ale księża są zamknięci...

Może to być pozostałość po PRL-u, lęk, że ktoś z zewnątrz będzie miał wgląd w życie Kościoła, plebanii. A może pokutuje tu jeszcze przedsoborowa wizja Kościoła. Ale ja osobiście spotykam bardzo wielu księży - szczególnie młodych - otwartych na współpracę z ludźmi świeckimi. Myślę, że wielką pomocą w przełamywaniu trudności są wspólnoty, ruchy religijne takie jak: Oaza, Odnowa Charyzmatyczna, Neokatechumenat itd. Pod tym względem z nadzieją i optymizmem patrzę w przyszłość.

Rozmawiała Mariola Orzepowska
Ks. Roman Trzciński jest duszpasterzem akademickim w Warszawie, pasterzem wspólnoty "Woda Życia".

Artykuł pochodzi z nr 7(68) pt."Zrozumieć księdza"

 
Zobacz także
Andrzej Marniok
Powołanie człowieka nie polega w pierwszym rzędzie na tym, aby coś osiągnąć. Najgłębsze powołanie człowieka polega o wiele bardziej na tym, aby urzeczywistnić ów jedyny w swoim rodzaju obraz, jaki Bóg ma o tym człowieku. Zadaniem każdego jest wyrycie na tym świecie owego niepowtarzalnego osobistego śladu. A to może stać się również udziałem człowieka, który jest dotknięty cierpieniem fizycznym czy psychicznym.
 
Andrzej Marniok
Małżeństwo to nie jest sprawa tylko dwojga ludzi, ponieważ obok celu małżeństwa, którym jest wzajemna miłość dwojga ludzi, jest wydanie na świat nowego człowieka. Ten nowy człowiek staje się nowym członkiem społeczności. Nie jest własnością tych dwojga, ale jest odrębnym człowiekiem posiadającym swoje prawa...

O narastającym problemie rozwodów w Polsce, konkubinacie, naprotechnologii i antykoncepcji z bioetykiem – ks. dr. hab. Tomaszem Krajem rozmawia Jacek Międlar CM
 
ks. Jakub Kopystyński SCJ
W październiku Zbyszek powiedział: „Krysiu, jedźmy do Łagiewnik, bo tam są takie piękne Msze Święte”. Nie chciało mi się, ale mąż zachęcał: „Będzie kardynał”. A kardynała to jeszcze nie widziałam. I pojechaliśmy, ale ponieważ wyjechaliśmy dosyć późno, więc staliśmy w przedsionku. Drzwi były otwarte i zza tych ludzi zobaczyłam obraz Pana Jezusa i Jego oczy.

O niezwykłym spotkaniu i odkryciu Bożej obecności ks. Jakubowi Kopystyńskiemu SCJ opowiada pani Krystyna*.
 
 
___________________
 
 reklama
 
 
 

 

 
 
グッチバッグコピー グッチ財布コピー